AktywnyIPraktyczny Blog

Życiowa rzeczywistość AiP

Co dalej

Dzień mimo planów nijak nie układał się według strategii katorżniczej kreatywności z owocami w postaci kolejnych stron magisterki. Zdecydowałem więc uderzyć w miasto, popatrzeć na ludzi, wydać porażającą kwotę na fetysze związane z depilacją nóg (Żony) i pyska (swego). Jak tylko portfel mój zrzucił kilka zbędnych banknotów, znalazłem się w polu oddziaływania kafejki, co do której wiem, że choć ceny ma wysokie zawierają one w sobie kwotę ubezpieczenia od gwałtu na kubeczkach smakowych.

Espresso, espresso powtarzałem sobie wchodząc do lokalu i omal nie zostałem poturbowany przez jegomościa który tanecznymi krokami przesuwał się od kasy do lady chłodniczej, wskazując coś palcem. Ocucony z marzeń sennych odzyskałem również mój niepowtarzalny dar słyszenia rzeczy których zazwyczaj nie sposób słyszeć. Jegomość uregulował rachunek i zażądał „Książki skarg i wniosków” by dać ujście oburzeniu, jaki wywołały w nim anglojęzyczne nazwy ciast „Black&white;” czy „Walnut Pie”. Pod oficjalną nazwą słodkości znajdują się co prawda wyczerpujące polskojęzyczne opisy, wodzące na pokuszenie nawet pana Pieniacza, ale nie zmieniło to faktu, że poczuł się on dotknięty lokalizacją obcych słów ponad rodzimymi wyrazami.

Patrząc w ładne oczy pani Kasjerki, odważyłem się mimo wszystko zamówić „espresso lungo” choć jak oboje stwierdziliśmy krztusząc się śmiechem, można wszak było domagać się „przedłużonej małej czarnej”...

Powiem krótko: nie lubię

§          Klientów wyżywających się na kelnerach, barmanach (za wyjątkiem sytuacji skrajnych typu moczenie palców w zupie) za rzeczy które od nich nie zależą np.: cena piwa, skład surówki, układ graficzny menu etc.

§          Pieniaczy ludowych, którzy nie pominą żadnej okazji by zaznaczyć swoje istnienie.

§          Robionej na „odwal się” kawy. W związku z tym dużym zaufaniem i sympatią mą cieszą się osoby które poświęcają czynności kawo-twórczej należytą atencję, w związku z czym...

§          ...owego Pana również lubić nie mogę. Nie dość, że był w mojej ocenie Pieniaczem ludowym, spełnił warunek pierwszy nie-lubienia-go, to jeszcze kogoś mi przypominał.

Narysowałem kiedyś komiks, w którym występował bardzo niegrzeczny Pan, bardzo nieładnie zwracający się do swojej kochanki. Ów komiksowy brutal zupełnie przypominał mi owego Purystę i wyglądał tak:

 

Travis mógłby potwierdzić, że w mojej historyjce jegomość został ukarany i za niewyparzoną gębę zakrztusił się penisem Supergay`a.

Szkoda, że to tylko komiks.

Mimo to

W przeciwieństwie do mojego rodzinnego, dom Birdy nosił nazwę otwartego i takim był w rzeczywistości. Moja Rodzicielka wyznawała zasadę „my house is my castle”, nie lubiła gdy znikaliśmy na noc, bez entuzjazmu witała też przypadkowych gości nocujących w jej prywatnym państwie. Z kolei moja Żona jest po prostu kontynuatorką tradycji zapoczątkowanej przez jej Rodziców: świętej pamięci Tata gromadził wokół siebie spore rzesze spragnionych rozmów filozoficznych, zaś dla Mamy po dziś dzień nawet bariera językowa nie stanowi przeszkody przed goszczeniem znajomych swojej córki.

Ostatnio odwiedził nas Michael, Irlandczyk mieszkający w Anglii, facet rozkochany w Polsce, trudny do wystraszenia objawieniami nawet największych absurdów będących częścią składową naszego kraju. Bardzo lubię owego kolegę, chociażby z tej prostej przyczyny, że nawet w sytuacji gdy zjawia się u nas na tydzień, nie trzeba zaciągać przy nim całodobowego dyżuru, dbając by przypadkiem nie dostał po łbie lub by nie zatrzasnął się w toalecie (co zdarzyło się pewnej znajomej Angielce). Misio sam organizuje sobie czas, pęka ze śmiechu czytając sztywniackie rozmówki angielsko-polskie, ma wyborne i kosmopolityczne poczucie humoru, a co dla mnie najważniejsze toleruje mnie w warstwie lingwistycznej. Jako że rozmowa w języku Szekspira z moją Żoną i ze mną ma się jak jazda samochodem osobowym po autostradzie do przejażdżki tymże po wertepach, Michael okazuje dużo zrozumienia dla wszelkich moich potknięć, tudzież przywykł do dziwacznej wady słuchu(?), która z jednej strony pozwala mi na wychwycenie dźwięków niesłyszalnych (prawie) ale również utrudnia rozumienie słów wypowiadanych przez osobę siedzącą tuż obok.

Mimo tych utrudnień uwielbiam Michaela słuchać. Ze względu na cechę zwaną „open-mind”, jest bacznym obserwatorem, co więcej potrafi w intrygujący sposób opowiadać o zachowaniach, zależnościach, stereotypach i zachowaniach ludzkich w różnych krajach.

Nie pamiętam jakimi ścieżkami tematycznymi zmierzaliśmy, gdy siedząc w poniedziałek przy piwku, rozmowa zaczęła się coraz mocniej ocierać o pracę. Nasz znajomy znalazł zatrudnienie w „największej instytucji finansowej świata”, parając się jakimiś dziwnymi operacjami, które mimo wszelkich prób nie chcą okazać swego logicznego tła. Bardziej interesujące jednak od sensu przesuwania kolumn cyferek z lewej na prawą jest otoczenie w jakim Michael pracuje. Nie jest bowiem wyjątkiem, odosobnionym imigrantem wśród tłumu rodowitych londyńczyków a raczej jednym z niewielu, którzy używają języka angielskiego jako ojczystego.

Jak wspomniałem firma jest duża, międzynarodowa i zgodnie z panującym trendem pozująca na globalnie-lokalną. O ile od strony klienta objawia się to odpowiednim do gustów danego kraju wystrojem biur, szczegółami oferowanych produktów, tak wewnątrz firmy zapanowała dewiza „Wszyscy jesteśmy tacy sami”.

Brzmi fajnie, nieprawdaż? Bo w sumie, nie powinniśmy patrzeć na innych przez pryzmat ich kultury, koloru skóry czy wyznawanej religii. Problem zaczyna się gdy odgórnie, w ramach unikania sprzeczek między pracownikami, mających wynikać z owych różnic, których winno się nie dostrzegać, narzuca się pewien model zachowania bazując na skrajnym embargu manifestowania swych przyzwyczajeń, opinii i postaw. By posłużyć się przykładem, przytoczę słowa Michaela, który na pytanie „Dlaczego nie mogę rozmawiać z kolegą o zakładach sportowych?” odpowiedział sobie sam, „...bo mógłbym obrazić siedzącego obok Muzułmanina, którego religia zabrania takich praktyk”.

Otóż to, oto mam kolejny dowód potwierdzający słuszność mojej tezy, według której myśl liberalna przeżuta przez różnej maści moralizatorów, wyłożona w postaci kilku prostych sloganów stała się doktrynalną podstawą, na której zbudowano owo cholerne imperium, totalitarne państwo bez granic zwane poprawnością polityczną. Śpieszę z wyjaśnieniem dla wszystkich, którzy zarzucą mi, że nie jestem autorem owego stwierdzenia. Byłbym szczerze zdumiony, gdybym był pierwszym wypowiadającym podobne słowa, zaś sformułowanie „moja teza” wynika bardziej z osobistych przemyśleń i spostrzeżeń, które doprowadziły mnie do wypowiedzenia powyższych zdań.

Wracając do tematu, całkiem niedawno dałbym się pokroić za stwierdzenie o identyczności ludzi, jako że, straszenie „Murzynem, Chińczykiem i Żydem” jest dla mnie głupie i przy okazji irytujące jeśli wziąć pod uwagę odzew mas. Między „niedawno” a teraźniejszością zdarzyło się jednak wystarczająco dużo (o Boziu, może kiedy indziej bo i tak się rozpisałem) by mieć odwagę pomyśleć „Guzik prawda drodzy moralizatorzy i agitatorzy, nie jesteśmy tacy sami”. Samo stwierdzenie żywiące się ponoć ideologią wolnościową jest jej jawnym zaprzeczeniem: jak wiara w indywidualizm i niepowtarzalność ma chadzać z hasłem mówiącym, że jesteśmy tacy sami. Łudziłbym się, że „tako-samość” oznacza równość gdyby nie amerykańskie eksperymenty z akcją afirmatywną, gdyby nie paniczna ucieczka przed deklaracją religijną w konstytucji europejskiej, gdyby nie zachwyt nad niestrawnymi filmami tylko ze względu na orientalne rysy ich reżyserów.

Różnimy się do jasnej cholery a prawdziwym problemem nie jest świadomość tych różnic ale nieumiejętność wykorzystania płynących zeń pozytywów! Prewencyjne zakleszczenie przez rząd dusz pewnych wątpliwości, zsyłanie do getta ciemnogrodziań wątpiących, prowadzi zaś w mojej opinii do pewnej katastrofy...