AktywnyIPraktyczny Blog

Siódmy element AiP

Partie w Fotoszopie

"SIÓDMY ELEMENT"... jeśli tylko przeczytasz, osiągniesz najwyższy stopień wtajemniczenia a w promocji być może nawet osiągniesz stan nirwany/ekstazy.Ja niżej podpisany CROGOOL, świadom długości tekstu uprzejmię proponuje cierpliwe przeczytanie całego opowiadania. Osób nie lubiących science-fiction proszę o nie zrażnaie się wstępem. Fani science-fiction proszeni są o doczytanie historii do końca. Produkt ów literacki jest wynikiem olśnienia; jasność ogarnęła mój umysł i natchnięty natchnieniem byłem w stanie wytłumaczyć wiele spraw które i Was pewnie męczą swoją tajemniczością. 

 Pułkownik nie miał powodu do zadowolenia. Nie dość, że przerwano mu zasłużone, należne za długie miesiące wyciskania zeznań z porwanych ludzi, wakacje, to transportowiec mknący w kierunku ośrodka B.U.T.A.N. (Biuro Ujawniania Tajemnic Absolutnie Nierozwiązywalnych) pilotowany był przez narwanego młodzika. Żółtodziób, który gracji w sztuce latania uczył się podczas szkolenia wojskowego kiedy gwałtowne zwroty i karkołomne akrobacje stwarzały jakąkolwiek szansę na ujście spod symulowanego ognia dział przeciwlotniczych, nie miał większych szans na awans w hierarchii lotników i jeśli kiedykolwiek byłby potrzebny dowództwu, wysłano by go jako przynętę dla wroga. Cierpiąc rodzaj szczególnej traumy, trwały ślad intensywnego szkolenia gwałtownymi manewrami unikał zderzeń z wyimaginowanymi przeszkodami, wpadając tym samym na całkowicie realne fragmenty asteroidów, które choć roztrzaskiwały się o pancerz transportowca, wywoływały nieprzyjemne drżenie całego pojazdu.

 Lata służby w M.I.S.J.A. (Marsjańskie Intergalaktyczne Studium Jakiejkolwiek Aktywności) uczyniły z Pułkownika nie lada twardziela więc nim niosący go wehikuł z gracją wyrżnął o lądowisko, mimo oczywistych trudności zdążył zapoznać się z dostarczonym raportem, pośrednią przyczyną brutalnie zakończonych wywczasów. Oddział wypadowy pojmał całkiem sporą grupę przedstawicieli homo sapiens i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie szczególne zachowanie okazów, odbiegające znacznie od stereotypu jaki stworzyli myśliciele z B.U.T.A.N. na podstawie długoletnich badań gatunku. Pod oficjalnym tekstem wypisanym oficjalną czcionka na oficjalnie służbowej płytce polimerowej widniała nieoficjalna, uczyniona całkowicie prywatnym flamastrem adnotacja autorstwa bezpośredniego zwierzchnika Pułkownika „TO MUSI BYĆ TO!”.

 Szkolenie bojowe przydzielonego Pułkownikowi pilota, miało jeszcze ten minus, że ze względu na nikłe nadzieje pokładane w adepcie lotnictwa, tudzież przyszłe misje z których nie wróżono mu powrotów, kwestie lądowania traktowano po macoszemu. Skądinąd niesłychanie pożądaną w transporcie umiejętność lądowania z wysuniętym podwoziem była Żółtodziobowi zupełnie nieznana skutkiem czego, rozgrzane tarciem o płytę lądowiska poszycie wehikułu skutecznie zaspawało drzwi, uniemożliwiając opuszczenie transportera. Obserwując wysiłki niefortunnego pilota usiłującego otworzyć właz przez rzucanie się nań, Pułkownik skonstatował, że jego poglądy na temat bezcelowości szkolenia wielkiej armii po raz kolejny znajdują rzeczowy argument. Jego zdaniem, Ziemian należało jedynie ogłupiać zostawiając im pole do popisu w kwestii autodestrukcji. Jakkolwiek kamuflowanie własnego istnienia szło Marsjanom znakomicie, Pułkownik musiał przyznać, że podczas całej historii istnienia M.I.S.J.A. nie wypracowano idealnego mechanizmu siania chaosu i dezorientacji, tudzież zawsze jakiś nieprzewidywalny czynnik uniemożliwiał szczęśliwe sfinalizowania pięknie zapowiadających się zawieruch wojennych.

 Pilot dobył w końcu podręcznego miotacza i wywalił cały magazynek fastrygując ściankę wokół otworu drzwiowego. Zanim właz i spora część kadłuba osunęła się majestatycznie w kurz lądowiska, Pułkownik ukradkiem spisał numer służbowy swego pilota, obiecując sobie w duchu, że nie dopuści więcej ani do dewastacji pojazdów wojskowych ani laików do przewozu niesamowicie cennego dla własnego ego tyłka. Odsalutował wyszczerzonemu Żółtodziobowi i ryzykując higieniczne dziewictwo swego munduru ruszył przez zwały brudu w kierunku zabudowań B.U.T.A.N.

 

- Pomyślałem, że będziecie tym zainteresowani- przeszedł do rzeczy żółknący na starość Profesor, zupełnie nie czuły na oficjalną formę przywitania, zaraz po tym jak Pułkownik w asyście dwóch wartowników pojawił się w gabinecie naukowca i krygując się zupełnie w nie-wojskowym stylu wyjaśnił cel swej wizyty.

-Badania jeszcze trwają- ciągnął staruszek-ale już teraz mogę powiedzieć, że to REWELACJA! – chrząknął z zadowoleniem- Absolutny fenomen… choć przyznaję, że pewnych aspektów towarzyszących rzeczy wciąż nie mogę zrozumieć.

- Przejdźmy do konkretów…! – burknął Pułkownik mając w pamięci bezceremonialny sposób w jaki Profesor zignorował jego kurtuazyjny wstęp.

- Zacznijmy od tego, że jeszcze nigdy naszym łowcom, nie udało się pojmać tak licznej grupy… Proszę sobie wyobrazić , że gdy oddział wycofywał się ze standardowo pobraną próbką reprezentacyjną populacji, współczłonkowie tej społeczności rzucili się w kierunku naszych pojazdów. Choć zawsze mamy problemy ze skompletowaniem nawet minimalnej ilości osobników z danej populacji, tak tym razem transportowce ledwie były w stanie udźwignąć materiał do badań. Całe szczęście, że oddział wsparcia wywołał w końcu wyładowanie elektryczne powodując pożar w pobliskiej fabryce, tak by odwrócić uwagę ludzi, którzy nawet w momencie startu statków czepiali się każdego możliwego występu by…

 Pułkownik nie przestając słuchać wypowiadanych z wielką emfazą słów starca, dyskretnie spojrzał do teczki. Wywołał dokument o przebiegu akcji i z uznaniem pokiwał głową. Koronkowa robota, Ziemskie media odnotowały głównie pożar w rafinerii ropy naftowej i tylko nieliczne źródła, przeważnie w tonie kpiącym napominały o niezidentyfikowanym obiekcie latającym w pobliżu miejsca katastrofy.

- Czy zarejestrowano jakieś próby komunikacji werbalnej ze strony ludzi…?- zapytał nagle.

 Profesor dobył swojej płytki ciekłokrystalicznej i chwile przesuwał palcem po ekranie.

- Tak…-rzekł w końcu- świadkowie uczestniczący w operacji mówią, a potwierdzają to odczyty aparatury, o artykulacji pewnej grupy wyrazów, powtarzanych cyklicznie, w różnych konfiguracjach przy wzrastającym napięciu emocjonalnym…

- Co to za wyrazy, konkretnie ?

-Odmiany słów „brać”, „ja”, „tu”, „prośba”… i jeszcze nazwa pewnego zawodu charakterystycznego dla samic… trochę burzy klarowność całego przekazu, ale pracujemy nad tym…

-Hmmm…-Pułkownik zmarszczył czoło- będziemy to analizować…w tym jest jakaś logika-rzucił głosem w którym stwierdzenie mieszało się ze zdumieniem.

- To był dopiero początek- Profesor wyraźnie podekscytowany uniósł się w fotelu- Początkowo porwani sprawiali wrażenie wyraźnie zadowolonych. Jednakże wraz z oddalaniem się flotylli naszych statków od Ziemi ich entuzjazm stopniowo malał. Taki model zachowania zgadzał się co prawda z naszymi założeniami i teoriami, nie było to nic nowego na tle zachowań innych grup ludzkich, ale… Wszystko do czasu, gdyż zdumiona załoga…

 Przerwał nagle i spojrzał na jednego ze strażników.

-Przecież ty tam byłeś, racja synu?

 Żołnierz chrząknął speszony

-Tak… - bąknął

 Profesor klepnął się radośnie w kolano.

-No, to mów!

-Relacjonuj- rzucił beznamiętnie Pułkownik

-No więc..- wartownik wziął głębszy wdech i zaczął ostrożnie- najpierw siedzieli cicho… potem.. pojedyncze osobniki zaczeli wstawać, nie na raz ale jakoś tak… głośno krzyczeli, machali ręcami… wyglądało jakby jaka sprzeczka… no tak wszyscy się po chwili sprzeczali ale nie wszyscy mówili, bo ino niektórzy a reszta jakoś tak głowami gadała, tak ruszali tak i tak albo we w te i we w te…

  Pułkownik przymknął na chwilę oczy i pomyślał, że przynajmniej w przypadku tego żołnierza podjęto trafną decyzję. Nawet gdyby zginął podczas tych niesamowicie ryzykownych misji a jego ciało zostało na obcej planecie, zutylizowane laserem zgodnie z polisą nie pozostawiania śladów, do niewielkiej kupki popiołów, nie byłaby to bolesna strata dla społeczności Marsa. Planowanie dalszej kariery świeżo poznanego pilota, przerwała coraz szybciej i bardziej zdecydowanie opowiadana relacja wartownika.

- No i nagle, patrzymy a ci hyc! na jednego z tych normalnie gadających i paru innych co mu kiwali głowami w górę i w dół. Taka akcja, że zgłupiałem bo żeby jeszcze nas… no ale jak im wp…, ich unicestwili znaczy się, no to zaczęli tak dziwnie klepać się po ramionach , potrząsać ręcami, śmiali się nawet i…

-… i tak właściwie jest ciągle-chrząknął profesor wyraźnie znudzony milczeniem- Wciąż prowadzą podobną komunikację, formę dysputy, krzyczą, gwałtownie gestykulują, po czym rzucają się na siebie z zamiarem czynienia krzywdy… Po krótkiej walce są jakby zmęczeni i smutni, lecz potem znowu jak za dotknięciem energii…

-Ja wam dam, gazownicy!- warknął Pułkownik- Może to jeszcze wina diety…! MY, jesteśmy od przesłuchiwania, testowania i badań inwazyjnych! Nie po to materiał przechodzi przez was mózgowcy-butanowcy, żebyście go uszkodzili!!!

 Profesor zarechotał

-Pan nas przecenia Pułkowniku! Nie mamy takich możliwości jak wy misjonarze z M.I.S.J.A.. To rzeczywiście wasza działka. MY zauważamy prawidłowości i sugerujemy WAM przeprowadzanie badań, które umożliwiłyby WAM skonstruowanie broni, która umocniłaby naszą supremację nad Ziemianami. MY przez nasze badania chcemy pomóc WAM w stworzeniu nowej koncepcji lokalnych waśni wewnątrz plemiennych, z których WAM przyjdzie zaszczyt uczynienia użytku…- Profesor starał się sprawiać wrażenie skorego do współpracy, nie odmawiając sobie jednocześnie przyjemności wyraźnego podkreślenia słów „MY” i „WAM”, znaczników słusznego jego zdaniem podziału kompetencji.

 Pułkownik przełknął ze złością ślinę i opanowując się rzekł.

-Tak, strategia wywoływania waśni o charakterze globalnym przynosi mierne efekty… choć eksperymentujemy w tym momencie z ropą…- zluzował odrobinę ciasny kołnierzyk- Dobrze, czy może mi pan przekazać komplet danych dotyczących badanego gatunku.

 Zafrasowany naukowiec potarł z zakłopotaniem czoło.

-Badania są wprawdzie ukończone jednakże… mamy pewne problemy z wypracowaniem jednoznacznych wniosków…

-Nie rozumiem-obruszył się oficer

-Trudno nam…-zaczął ostrożnie profesor- Trudno nam wskazać na tak zwaną logikę ich niektórych działań.

-Nie rozumiem- powtórzył Pułkownik wybałuszając oczy.

 Starzec popatrzył z zakłopotaniem na oficera jakby szukając najlepszych słów do wytłumaczenia problemu.

-Może… niech najlepiej się sam pan przekona- rzekł w końcu zrywając się z fotela.

 

 Idąc korytarzem prowadzącym do pomieszczeń w których przebywali ludzie, Pułkownik raz po razie gromił wzrokiem strażników mając ich za winnych niewyobrażalnej ilości śmieci i unoszącym się w powietrzu miazmatom. Swoją wściekłość zwerbalizował w końcu:

- Czy ja mam komuś urwać nogę z dupy !?

na widok któryś z kolei pogiętych drzwi, upstrzonych wyrytymi w farbie symbolami, lśniących od ściekającej cieczy o ostrym zapachu. -Ach, przyzwyczaiłby się pan- żachnął się Profesor usprawiedliwiając strażników dobrotliwym spojrzeniem- Nie nadążamy ze sprzątaniem…

-Co to jest?- oficer przesunął palcem po ściekającej cieczy, powąchał jej a następnie koniuszkiem języka sprawdził jej smak.

-Substancja zwana uryną. Wydaje się, że badani są mocno związani z pierwotną przyrodą, gdyż przyjęli od zwierząt zwyczaj znaczenia otworów drzwiowych odchodami.

 Pułkownik spocił się z wysiłku. Próbując zachować spokój na twarzy, splunął przez ramię i zapytał głosem znudzonego:

-Rytuał jakiś…?-ukradkiem wytarł usta chustką.

- Być może… ale może to być jakaś forma tradycji odwołująca się do ludzkiego atawizmu. Wedle mojej teorii znaczą obszar wokół swoich siedzib… taki rodzaj gry, sprawdzenie siły sąsiada. Przy czym warto podkreślić, że dany osobnik nigdy nie znaczy własnego pomieszczenia co więcej broni go przed próbą oznakowania przez innych…

 Stanęli na galeryjce, pod którą rozciągała się wielka arena.

-Niech pan patrzy…-Profesor jowialnie trącił łokciem oficera.

 Pułkownik w lot pojął specyficzny porządek panujący poniżej. Po wypełnionym zwałami piasku, kurzu i pyłu terenie, błąkali się ludzie wypatrując złotych kulek. Każdy był oddany zajęciu bez reszty i nie zwracał uwagi na towarzyszy tak długo jak niewidzialne trasy, po których się przemieszczali nie przecinały się w którymś punkcie z inną marszrutą. Dochodziło wówczas do wymiany okrzyków i gestów o różnym natężeniu i stosownym do niego stopniu zaabsorbowania uwagi osób postronnych, czerpiących jakiś szczególny rodzaj energii z uczestnictwa w owych wypadkach. Nierzadko wymieniano wówczas również razy, popychano się i wykrzykiwano pewne powtarzające się wyrazy.

 Momentem zjednoczenia większej grupy ludzi we wspólnym działaniu była też sytuacja gdy któryś z poszukiwaczy, posiadający większą niż pozostali ilość kulek, wykonywał rytuał, który Pułkownik określił jako triumfalny. Oślepiony radością osobnik szybko był otaczany przez innych ludzi, przewracany, bity i wdeptywany w kurz. Skoro tylko z zaciśniętej dłoni jego wysypywały się skarby, były natychmiast rozszarpywane przez tłum tracący kompletnie zainteresowanie ofiarą, która jeśli tylko powstała mogła wrócić do gry.

 Pułkownik zmarszczył brwi.

-Jakkolwiek brak temu logiki…-wycedził ostrożnie- widzę tu… możliwości…

-Chodźmy dalej…-zaproponował profesor, opowiadając po drodze jak spełniając postulat owej dziwnej grupy ludzi, dostarczył jej zapas papieru.

-Przynajmniej tak to zrozumieliśmy… proszę sobie wyobrazić, że około jednej trzeciej surowca zużyli na wykonanie tabliczek podobnych do naszych ciekłokrystalicznych i polimerowych, po czym zapełnili je ludzkimi symbolami literowymi i złożyli je przyglądając się nam z mimiką twarzy wyrażającą nieustępliwość… Co do reszty papieru, rozdzieli go między siebie, poskładali na pół, jakby w formie jakiś notatników lub teczek. Niesamowite ale spełnia to u nich rolę jakiegoś symbolu. Wymachiwanie papierem przed obliczem przemawiającego powoduje, że niejednokrotnie mówca czerwienieje i milknie…

- Przecież celuloza służy do odżywiania się-wtrącił Pułkownik- a nie do brudzenia jakimiś znakami…

 Dotarli na widownię wielkiej sali, oddzieleni od reszty pomieszczenia taflą przeźroczystego materiału. Profesor skinął na jednego ze strażników. Po chwili pojawiła się grupka ludzi, których Pułkownik określił na własny użytek „dobrze zbudowanymi” i stanęła w kącie sali. Dreptali przez chwilę nieśmiało w miejscu, sprawiając wrażenie przerażonych i ograniczonych umysłowo, nawet jak na warunki gatunku homo sapiens. W przeciwległym końcu sali pojawiła się druga grupka i żwawo maszerując w poprzek pomieszczenia , machała rękoma ku stojącym w kącie. Oficer spojrzał pytająco na Profesora, jakby szukając powodu dla którego maszerujący ludzie poprzebierani byli w kolorowe stroje. Naukowiec uśmiechnął się uspokajająco i głową wskazał na rozgrywającą się poniżej scenę.  

 Niemrawy dotąd tłumek „dobrze zbudowanych” zaczął krzyczeć i ciskać dziwnymi przedmiotami w wesołą kolumnę. Wyraźnie zdezorientowane ofiary ataku rozpierzchły się po sali usiłując ujść spod gradu latających obiektów i zerwać z siebie kolorowe wdzianka. Pułkownik poczerwieniał i z trudem łapał oddech lecz mimo to zachował wyprężoną postawę. Gdy jeden z pocisków rzucanych przez „dobrze zbudowanych” roztrzaskał się o tafle na wprost jego twarzy, nawet nie drgnął.

-Co to jest…?-zapytał spokojnie obserwując jak lekko mętnawy żel, wymieszany z żółtą cieczą i białymi okruszkami zsuwał się brudząc podłoże.

- Głównie proteiny…trochę wapnia…

-Dlaczego marnują pożywienie…?

-Kolejny rytuał ?- odpowiedział pytaniem profesor i wzruszył ramionami.

 

 Wróciwszy do gabinetu uczonego pułkownik usiadł i ukrywszy twarz w dłoniach milczał przez chwilę.

-Czy o czymś jeszcze powinienem wiedzieć ?-zapytał uprzejmie – Jeszcze jakieś anomalie…?

-Mnóstwo- rzekł sceptycznie Profesor dobywając płytkę z odpowiednimi zapiskami- Chce pan konkretów…?

-Proszę…

-Dobrze, zacznijmy od tego: większość z nich czci kult nieżyjącego człowieka z plemienia na którego nazwę reagują krzykiem. Nawiasem mówiąc na większość nazw innych plemion reagują podobnie. Nie lubią współplemieńców władcy swych umysłów, choć z pewnych źródeł wiemy, że śmierć owego człowieka miała znaczenie symboliczne; służyła zjednoczeniu się ziemian.

-Absurd jakiś…-Pułkownik zrezygnowany potrząsnął głową.

- W tym aspekcie na pewno…-naukowiec beznamiętnie patrzył na przesuwające się zapiski-O, dalej… Nie nadążamy z naprawą aparatury oddanej do ich użytku… każde urządzenie rozbierają, widać próbują je modyfikować… niestety, gdyby tylko psuli. Coraz częściej po prostu niszczą…-spojrzał na oficera- Budżetu mi powoli nie starcza, no…-poskarżył się.

-Dalej-szepnął Pułkownik

-…Potrafią przerwać najbardziej zaciekła wymianę okrzyków i znaków niewerbalnych gdy tylko w pobliżu pojawia się któryś z moich chłopców-wskazał głową strażników.

- Triumfują ilekroć uczynią nam złośliwość-odezwał się milczący dotąd drugi wartownik.

-Co…?-poderwał głowę Pułkownik

- Złośliwość…-wtrącił się Profesor-Rodzaj działania jednego osobnika względem drugiego, nie przynoszący wymiernych korzyści a jedynie stan trudnej do wytłumaczenia euforii wywołanej przygnębieniem obiektu działania… No dalej, pokaż- zwrócił się do drugiego wartownika, który nieśmiało odchylił rękaw munduru. 

 Pułkownik aż skrzywił się na widok pokiereszowanej ręki.

-Wykonywałem rozkaz dostarczenia żywności…-rzekł wyraźnie nieświadomy powodu zaistnienia takiego stanu rzeczy, żołnierz.

-Są wyraźnie ożywieni czyniąc złośliwość-ciągnął naukowiec- Nie ma żadnej reguły, która by wskazywała dlaczego tak robią i według jakiego wzorca postępowania przekazują sobie ten…dar…? Podobnie jak nie możemy znaleźć odpowiedzi dlaczego osobnicy o ponad przeciętnych atrybutach umysłowych, a te sprawdziliśmy zgodnie z ich kryteriami- wzrok oficera powędrował za dłonią wskazującą pokaźny zbiór zebranych na potrzeby badawcze ziemskich książek-są tak nisko w hierarchii społecznej. W większości przypadków ich stonowana artykulacja spotyka się z okrzykami, ruchami głów w kierunkach horyzontalnych i specyficznym rodzajem dźwięku, cos jak…

-Buuuuuuuu…-przyszedł z pomocą wartownik

-Dokładnie tak… Największym autorytetem cieszą się tacy osobnicy jak ten – Profesor wręczył oficerowi fotografię- Same z nim kłopoty…

-Odrażający-skrzywił się Pułkownik-Widziałem kilka samic tego gatunku więc mam porównanie-usprawiedliwił się- Odrażający…

-Przeciętne a nawet niskie parametry umysłu, porywczy lecz niesłychanie skuteczny, zdaje się wdzierać do ich umysłów…szczególnie tych którzy nie komunikują się werbalnie. Nie umniejszając panu, panie Pułkowniku, to chyba jakiś dowódca. Strasznie uciążliwy. Utrudnia nam dostawy żywności, blokuje modernizację sprzętu, za jego zachętą dotknęła nas większa część złośliwości. Jakby tego było mało…

 Pułkownik zdawał się nie słyszeć. Wpatrywał się uważnie w konterfekt rzeczonego osobnika. „Może tajemnica tkwi w tym kawałku prążkowanego materiału wokół jego szyi?” Poczuł nagle, że staje się bezbronny wobec dziwnego, pełnego złych emocji spojrzenia owego człowieka. „To może być metoda, to może być to… ale czy warto jest używać broni, której zapewne nie będziemy mogli kontrolować… a jeśli któregoś dnia zwróci się przeciwko nam?”. Głęboko wzdechnął i schował zdjęcie do kieszeni. Chciał uciekać, nawet zniszczonym transportowcem daleko od tego miejsca. W raporcie wymyślić jakiś błahy powód postulujący zarzucenie projektu.

 Opanowując wewnętrzne drżenie wstał, odebrał od Profesora wyniki przeprowadzonych prac i warknął po swojemu.

-No, mogło być lepiej… Nigdy wam nie ufałem… Spijacie cały nektar chwały, a nam pozostaje gorzka i sucha… gorzka i sucha karma ciężkiej pracy!- rzucił triumfalnie dumny z trafnego sformułowania. Ruszył sprężystym krokiem w kierunku drzwi.- Ale M.I.S.J.A. nie takie sprawy rozgryzała. I z tym też damy sobie radę… a z wami zrobi się porządek-poczuł delikatne ukłucie pochodzące jakby od fotografii schowanej w kieszonce na piersi. Chciał uciekać lecz napotkał wzrok badawczego spoglądającego Profesora.

-Powiedzcie mi jeszcze jedno…- zdobył się na wysiłek- Jak się nazywa ta grupka?

-Polacy…-skinął głową Profesor.

-Polacy? Może być..- Pułkownik pstryknął palcami i znikł w korytarzu.