AktywnyIPraktyczny Blog

Prawdziwy patriota

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród...

Kiedy byłem mniejszy wierzyłem, że patriotyzm ma tylko jeden pozytywny wymiar. Potem poszedłem do liceum i sami Drodzy Państwo wiecie, że szkoła czyni poważne spustoszenia w mózgu. Z wiekiem pojawiały się coraz większe wątpliwości aż doszedłem do wniosku, że nie jestem patriotą i nie chcę nim być by móc się golić bez podrzynania sobie gardła...

 Zresztą, nawet gdybym chciał nie mógłbym być patriotą. Tak mi przynajmniej powiedzieli „Prawdziwi Polacy” na forach, które często ostatnio odwiedzam. Dobrze, że w ogóle chcieli gadać, bo na przykład Jarka, który uczciwie mówi, że sympatyzuje z lewicą chyba by zatłukli.

 Piszę to wszystko bo mam nieodparte wrażenie, że jutro od samego ranka będzie dużo „gadania” a propos patriotyzmu i Polskości... znów ktoś powie coś, co kto inny zinterpretuje po swojemu i zanurzymy się po czubek głowy w dyskusjach pseudo historycznych. Nad swojskim bagienkiem będą unosić się bąbelki a jedni i drudzy pozaciskają dłonie na krtaniach i do dna! do dna! przydusić adwersarza...

 Z patriotyzmu zrobiono sobie żart, zupełnie jak z symboli narodowych, do których zaliczam też patriotyczne pieśni, że tylko przypomnę kampanię do PE. Czy ktoś pamięta jak pewna partia gwałciła uszy „Rotą” w rytmie techno?

Ja nie mogę być gorszy. Przetłumaczyłem utwór na język angielski tak by obcokrajowcy mogli zrozumieć o co chodzi „Prawdziwym Polakom”..

 Nikt nie miał pewności ale istniało wysokie prawdopodobieństwo, że Babulinka mieszkała tam od momentu urodzenia. Niewidzialnym łożyskiem połączona z kawałkiem ziemi jakby czerpiąc z niego siły witalne. Pojawiła się długo wcześniej niż drzewa, które później bezceremonialnie wycięto przy budowie piętnastopiętrowego bloku z wielkiej płyty. Nawet głębokie wykopy, raniące ziemię potężne fundamenty ze zbrojonego betonu nie odcięły Babulinki od jej domniemanego źródła życia. Ot, przesunęła się cichutko na czas prac budowlanych, na tyle by nie pokrzykiwali na nią budowlańcy, by szafirowego płaszcza z szorstkiego materiału nie pochlapała zaprawa murarska, by w swoim tymczasowym lokum kiwać się do przodu i tyłu wyczekując emerytury, przesuwając w dłoniach ziarnka różańca.

 Nim wróciła na swój skrawek ziemi gdzie zamiast chatki, w której się urodziła nie będąc jeszcze Babulinką, stał posępny blok mieszkalny, minęło wystarczająco dużo lat by wszyscy świadkowie, którzy pamiętali ją pomarli, a zamiast ich wspomnień pojawiła się anonimowego autorstwa legenda mówiąca, że Babulinka była Babulinką od zawsze. Kolejni szczęśliwcy otrzymujący spółdzielcze mieszkania przyjmowali za pewnik domniemaną przeszłość Babulinki i traktowali ją wraz z jej płaszczem, moherowym beretem i coraz mocniej odsuwającymi się od pionu kolanami tak jak traktuje się na przykład wiatr, który upodobał sobie dany teren i wieje niezależnie od pory roku, silniej, mocniej, nieprzewidywalnie. Zatrzymać się go nie da i szkoda czasu by pochylać się nad jego zjawiskowością.

 Mijały lata, zmieniali się mieszkańcy bloku, ustrój kraju, częstotliwość mszy w pobliskim kościele a Babulinka nie utrzymując jakichkolwiek znajomości z sąsiadami wydreptywała ścieżki do sklepu, śmietnika i wokół bloku. Konsekwentnie niczym walka nocy z dniem, podążała też najkrótszą i zawsze tą samą marszrutą do świątyni, nie opuszczając nigdy pierwszej i ostatniej mszy każdego dnia, a w szczególnych okresach kalendarza liturgicznego specjalnych nabożeństw.

 Nie wypowiedziana plotka głosiła, że nieszczęście spotka każdego kto by spowodował korektę religijnego traktu Babulinki. Mimo, że ignorowała tabliczki „Szanuj zieleń”, deptała jedyną w promieniu kilkudziesięciu metrów grządkę z kwiatami, nawet gospodarz domu nie śmiał prosić o poszanowanie ogólnie obowiązujących przepisów. Powoli, ciężko stąpając, budząca niewytłumaczalny lęk przetaczała się niczym kolumna pancerna, przecinając chodniki, trawniki, ścieżki, brnąc przed siebie według swojego rozkładu jazdy, zgodnie z niezmiennym, wytoczonym przez siebie szlakiem.

 Pewnego marcowego popołudnia w okolice bloku zabłądził młodzieniec w wyblakłej wojskowej kurtce, plecakiem na ramieniu i krasną chustką zawiązaną niedbale pod szyją. Stał rozglądając się naokoło niby szukając czegoś lecz nie z desperackim zamiarem znalezienia. Nie mógł zdawać sobie sprawy z panującej w okolicy zasady nie przystawania, zatrzymywania i zamyślania w pewnych miejscach, co oczywiste dla okolicznych, znajdujących się w pobliżu wiadomej, choć niewidzialnej ścieżki.

 Gdy tak stał i dumał, z bramy bloku wynurzyła się Babulinka i dreptając w kierunku kościoła, poczęła się zbliżać do mężczyzny. Była już blisko młodzieńca, gdy ten tknięty odruchem podświadomości lub przezornością połączoną z dobrym wychowaniem, zgrabnie usunął się z trasy Babulinki, nie tracąc z oczu głębokiej zadumy. Nagle poczuł mocne uszczypnięcie w przedramię. Babulinka stała obok niego, z laską skierowaną ku jego kolanom i twarzą wykrzywioną dziwnym grymasem.

 - Taki młody…- zaczęła Babulinka - i taka skurwysyńska szmata na szyi… wstydziłbyś się chamie…-po czym kręcąc głową podreptała przed siebie.

 W pobliskim kościele biły właśnie dzwony ogłaszające zbliżający się początek nabożeństwa, a ich dźwięk dziwnie zniekształcił wiatr, który nagle uderzył młodzieńcowi w twarz.