AktywnyIPraktyczny Blog

Pisana Rola AiP

Z małym opóźnieniem wpadła mi w ręce „POLITYKA” nr.29 z 17 lipca 2004. W świetnym felietonie autorstwa Igora T. Miecika przedstawiony jest problem poziomu świadomości społecznej chuliganów, a sam tekst opatrzony jest uwagą sugerującą, że o swoich poglądach będą mówili przedstawiciele rzeczonej subkultury. Po takim wstępie, rzetelnie ostrzegającym przed specyficznym stylem (antystylem ?), ograniczonym słownictwem i absurdalną filozofią życia jaką kierują się ogólnie nazwani chuligani zagłębiłem się w lekturze, kontemplując nie po raz pierwszy różnice charakteryzujące sposób myślenia„normalnych ludzi” (nazywanych tu „paździerzami”, „kradnącymi pedałami”) a nazwanych literalnie bandziorów.

 Prawdziwego smaczku a przy okazji gniewnego nastroju, dostarczyła mi, będąca dodatkiem do właściwego tekstu, rozmowa autora z socjologiem UŁ. Zakładam celową intencję pana Miecika, który w owym mini-wywiadzie przyjął pozę niemalże obrońcy chuliganów, przy czym zadawane przez niego pytania przybierały formę w kółko powtarzanych populistycznych haseł, będących w gruncie rzeczy usprawiedliwieniem zjawiska narastającej agresji. „Oberwało się” więc społeczeństwu za zepchnięcie do getta całych grup, brak wrażliwości, pogoń za pieniądzem. Znowu mogłoby się wydawać, że młodzież decydująca się na „bandyckie życie”, zrobiła tak z winy rozkradających wszystko elit…

 W tym momencie przyszły mi na myśl slogany układające się w całe programy wyborcze żywiących się populizmem partii politycznych. Acha, skoro skończyłem studia, nie napadam na nikogo, a moje zainteresowania wykraczają poza nie dającą się opanować chęć tłuczenia kijem bejsbolowym automatycznie staje się podejrzany! Znajduje się usprawiedliwienie dla osób (przepraszam wszystkich homo sapiens, którzy czują się obrażeni postawieniem w jednym szeregu z bandziorami), które są „ofiarami rozwarstwienia, biedy i bezrobocia”, a nas niemalże zobowiązuje się do poniesienia skutków „społecznej marginalizacji”- młodzież musi mieć jakieś drobne przyjemności w życiu więc dlaczego nie mielibyśmy się raz na jakiś czas, w ramach wolontariatu, dać obić i ograbić ...

 W całym artykule składającym się z wypowiedzi różnych osobników (opisanych z ksywy, wyglądu zewnętrznego, proweniencji) dominowała nuta wielkiej niesprawiedliwości jakiej doznają chuligani ze strony policji. „Psy” po prostu czepiają się KAŻDEGO spokojnie wyglądającego młodzieńca („Wszyscy mają łyse głowy, bluzy z kapturem, szerokie sztany i sportowe buty”), pałują bez przyczyny, a do szczególnie niewinnych po prostu strzelają. Nawiasem mówiąc, dzięki paru opiniotwórczym mediom można odnieść wrażenie, że ofiarami interwencji policyjnych zawsze padają przypadkowi przechodnie o nieposzlakowanej opinii. Jawna niesprawiedliwość na każdym kroku. Szczególnie w stosunku do statystycznych Polaków wyróżniających się z tłumu co najwyżej niewinnym akronimem CHWDP lub milusim logiem (np.:PittBull).

 Moja złość wzrosła jeszcze bardziej, gdy część umysłu wiecznie płatająca figle, wygenerowała zarzut, że jako człowiek deklarujący liberalny światopogląd powinienem zaakceptować inną niż własna, drogę realizacji wolności osobistej. Przecież jakoś tak się utarło w tym smutnym naszym kraju, że wszystkiemu winni są liberałowie, z ich relatywizmem, polityczną poprawnością i tolerancją. Znów jakaś pokrętna ścieżka rozumowania doprowadziła mnie na bagna poczucia odpowiedzialności za zepchniętych do społecznego getta…

 Otóż oświadczam co następuje: nie czuje się winny zaistniałej sytuacji w kraju, szczególnie w tych aspektach którymi próbuje się usprawiedliwiać agresję i nie zamierzam ponosić jej społecznych kosztów w sposób, o którym wspominałem a najchętniej w ogóle. Ze względu na definicję wolności osobistej, której hołduje („wolność mojej pięści kończy się centymetr przed Twoim nosem”) nie zamierzam empatycznie pochylać się nad losem „tępoli”, dla których jestem „paździerzem”, zaś moja wrażliwość społeczna ogranicza się do osób, które pozwalają sobie pomóc nie czyniąc z upadku cnoty ani pretekstu do politowania. Policję dalej będę postrzegał jako stróża prawa i nie zamierzam się solidaryzować się z łysą młodzieżą, tudzież zastanawiać co różni bezwłosego chuligana od skinheada i członka Młodzieży Wszechpolskiej.

 Spotkali się kiedyś w przydrożnej kafejce. On mimo mroźnego dzionka nosił się niczym wieczny plażowicz, który wieczorem wyskoczył na drinka. Ona snuła się między stolikami, leniwie dolewając lurowatą kawę klientom, żując gumę i wyklinając swój ostatni, długoletni związek. Gdy go zobaczyła poczuła się jak ten mały zajączek z reklamy, któremu wymieniono baterię. Jego oko z kolei, wrażliwe na takie zachowania, niemal drżeć zaczęło, gdy się połapał, że Ona miast spełniać żądania klientów, uniesieniem środkowego palca dłoni ich nawoływaniom odpowiadała, zaś wzrokiem swym wbijała się w oczy Jego , dolewając mu kawę wciąż i wciąż ile razy tylko łyczek upił i filiżankę opuścił. O konwersacji w takich warunkach myśleć było trudno, lecz gdy wbrew swoim nawykom wychłeptał już cały dzbanek kawy, siląc się na chłód wypowiedzi typowego macho rzekł

- Czekam na Ciebie w mojej bryce...

 po czym do kibelka czmychnął.

 Nim w samochodzie się znalazł wstrząsany dreszczami ni to podniecenia, ni nadmiaru kofeiny zaaplikowanej przez kawę, której tak naprawdę nie lubił, rozłożył na siedzeniu pasażera kserówki, co je w toalecie znalazł. Posunięcie sprytne się nader okazało, bo jak z radosnego Jej okrzyku wywnioskował, były to notatki z filozofii, którą oboje nagle zapragnęli poznać... Ruszyli z piskiem opon przed siebie i jeździli ze sobą parę miesięcy zatrzymując się tylko żeby zjeść ( przy czym On brał podwójne porcje i zjadał dodatkową połówkę darowaną przez Nią), przespać się, poprzeglądać owe znalezione notatki lub robić inne rzeczy których wymienianie zdyskredytowałoby ich jako romantycznych wędrowców. Dość powiedzieć, że on rzekł jej o sobie wiele, że jest Travisem z Little Crack Rock, wiecznym buntownikiem w kabriolecie, szukającym szczęścia, sławy i fortuny a ona mu odrzekła, że zwą ją Peggy i pochodzi z Grass Coast gdzie porzuciła rodzinną fortunę, sławę by szukać sensu życia.

 Wyjątkowo utalentowany scenarzysta takich historii, z perwersyjnym upodobaniem psujący idyllę, zadbał w kulminacyjnym momencie naiwnego szczęścia by rzeczywistość zapukała w boczną szybkę samochodu (który okazał się nie być ani kabrioletem ani własnością Travisa) Ratując się przed marazmem otoczenia i topniejącymi środkami finansowymi salwowali się kochankowie ucieczką na zachód, jak ćmy przyciągani światłami wielkiego miasta. Kiedy tam dotarli, szybko się okazało, że romantyka nie romantyka rent opłacić trzeba a dziwnie mówiący ludzie za nic mają importowane uczucia. Ona pracę znalazła dość szybko, lecz On szorując miejskie bruki ze zgryzoty gryząc paznokcie na duchu podupadał.

 W końcu, pewnego wieczora, gdy wrócił do domu po cały dniu bezowocnych prób znalezienia roboty, usiadł na stołku i spojrzawszy na nią rzekł po swojemu, myśląc, że go nie zrozumie

- Ach to moje pieprzone polskie szczęście... gdybyś wiedziała Peggy, żem ja wcale nie z Little Crack Rock i nawet Travis mnie nie zwą...

Dziewczyna stała przez chwilę oniemiała po czym rzuciła mu się na szyję szepcząc

- Dyć ja też z podkarpackiego...

 Od tej chwili życie na powrót bajkę zaczęło przypominać, tym razem kolorową jak z fabryki Disney`a. Harując oboje od świtu do nocy fortunę zbili, pomnożyli spekulacjami na giełdzie i ignorując zakusy izby skarbowej dożyli świetlanej starości w zdrowiu, szczęściu i dostatku z którego nawet starszemu bratu Travisa skapło...