AktywnyIPraktyczny Blog

Wykłady AiP

Tyle lat walki

Przez tyle lat walczyłem z utrwalaniem stereotypów. Bo to przecież nic dobrego pozwalać chadzać myślom utartymi ścieżkami. A do tego jeszcze ścieżkami utartymi przez myślenie innych osób, które często jest powierzchowne i „na skróty”.
Zresztą, każde dziecko wie, że nie każdy Polak w Niemczech to złodziej samochodów, że w Kielcach wcale piździ non stop a blondynki wcale nie są takie głupie. No i że „Warszafka” to tak na prawdę nie jest… no właśnie… jaka nie jest „Warszafka”?
Pracuję w korporacji. Serio. Białe kołnierzyki i te sprawy. Od poniedziałku do czwartku w garniturzei pod krawatem a w piątki w garniturze i bez krawatu. No chyba, że nie ma szefa, to wtedy dżinsy, ale góra bez zmian, czyli marynarka i koszula bez „zwisu męskiego”.
Mieszkamy, no cóż, na zamkniętym osiedlu. Bloki ciasno poustawiane obok siebie, sąsiedzi zaglądający sobie niemal w talerz, gdy wychodzą na balkon podlać kwiatki. Wiadomo – nowe budownictwo. Aaa, no i mieszkanie jest oczywiście w kredycie. We Frankach, oczywiście.
Żona/mąż i dwójka dzieci. Jaki niż demograficzny? O czym w ogóle mowa? Kiedy czasami wpadamy w weekend do IKEI, to dzieći w wieku od 0 do 12 lat jest tam tyle, że gdyby w Warszawie był niż demograficzny, to chyba wszystkie dzieci musiałby odwiedzać ten sam sklep. A to niemożliwe, bo obok jest SMYK i tam jest równie dużo dzieci w śordku.
Biegam. No bo przecież w Warszawie wszyscy biegają. Mamy tu chyba z pięć czy sześć masowych biegów w ciągu roku. Alejki w parkach są tak zatłoczone, że trening biegowy można równie dobrze uskuteczniać w galeriach handlowych, bo jest tam równie tłoczno i równie duże odległości do pokonania.
Jeszcze do niedawna jakoś szedłem pod prąd. Była Fiat, kupiony nowy, w polskim salonie. A teraz? A teraz niemiecki, używany, pięcioletni, od pierwszego właściciela. Dziadek jeździł tylko w niedzielę do kościoła iw ogóle „Niemiec płakał, jak sprzedawał”. Jedyny wyłom to taki, że to benzyna a nie diesel.
Wiadomo – smartfon. „Fejsbuk”, Foursquare, Twitter… jak nie ma ekranu dotykowego, to nie ma frajdy. Zresztą, biegam, musi być więc Endomondo, bo jak czegoś nie ma w internecie a najlepiej wrzuconego na Fejsa, to coś takiego w ogóle nie istnieje.

Długa noc sylwestrowa również w 2017?

Takich baletów w noc sylwestrową, jakie mieliśmy tym razem to ja sobie nie przypominam, odkąd… w zasadzie to w ogóle sobie nie przypominam a pamięcią sięgam do moich trzecich urodzin i chwili gdy zdmuchiwałem świeczki na urodzinowym torcie.
Przygotowania i próby zaczęły się już przed dziewiętnastą. Najpierw przypomnieliśmy sobie wszystkie szlagiery. Było więc „Auuuuuuuaaaaaa”, „Mmmmeeeeeeeee” a także „Nniiieeeeeeee”, oraz wiecznie młody hit pod wszystko mówiącym tytułem „Yaaaaa yaaaaa yaaaa”. Po odsłuchaniu tej kolekcji porywających nutek zabraliśmy się do tańca w parach a tuż potem dwóch nagich facetów tańczyło w pokoiku dziecięcym… no prawie nagich, bo momentami byli przepasani ręcznikami. Dość powiedzieć, że impreza była rozkręcona na całego a to była raptem dziewiętnasta trzydzieści :)
Po śpiewach i tańcach zasiedliśmy do stołu a połowa składu, to w ogóle odpuściła sobie jedzenie i od razu zabrała się za rozpracowywanie butelek. I to bez zagrychy. Jak już butelki były opróżnione to jeszcze tylko chwila tańca i młodsza część składu padła spać. My w zasadzie też padliśmy i mimo, że nie było w nas ani grama alkoholu to kręciło nam się w głowach, jak po butelce niezłego „łiskacza” :)
Kolejne dwie butelki zostały rozpracowane jeszcze przed północą a potem jeszcze dwie w środku nocy. Koniec końców, pierwszego stycznia rano my byliśmy fioletowo-zieloni ze zmęczenia a w zlewie i na blacie walały się sterty pustych butelek… nie ma wyjścia – to musiał być wyjątkowo udany Sylwester… a przynajmniej tak sobie powtarzamy.

Dwojako o piwie

Lubelszczyzna to moje strony. Mimo, że już w wieku trzech lat przeprowadziliśmy się na Śląsk i tam się wychowałem, to na zawsze pozostałem chłopakiem spod Lublina. Do dziś to tam wracam najchętniej. I to właśnie z Lubelszczyzną kojarzą mi się ogromne plantacje chmielu tak chętnie uprawianego w tamtych okolicach. Miłości do piwa nauczył mnie tata. Miłości do chmielu nauczył mnie Lublin. I dlatego moje pisanie o piwie chciałbym zacząć od Perły, która popijałem za cichym przyzwoleniem tuż przed osiemnastką a potem już zupełnie oficjalnie, gdy miałem własny dowód osobisty. Pamiętam, że Perła na jakiś czas zniknęła z szerokiej dystrybucji i można ją było dostać tylko w Lublinie i okolicach. Na szczęście jakiś rok, może dwa lata temu zobaczyłem w Warszawie pierwsze plakaty. Od tamtego czasu raz na jakiś czas chętnie odświeżam wspomnienia z czasów, gdy goliłem się raz w tygodniu a dwudziestopięciolatek to był po prostu stary facet.
Sama Perełka to prawdziwie polskie piwo. Jasne, świeże w smaku i zapachu o jasnej, czystej, złocistej barwie. W smaku również przeważa lekkość zakończona lekką kwaskowatością. Idealne piwo na letnie upały. W sam raz do podania wprost po wyjęciu z lodówki i wlaniu do zimnego kufla. Za młodu niejednokrotnie pijałem je też z butelki, ale teraz tak sobie myślę, że to chyba głównie dlatego, że w tym wieku (młodemu) człowiekowi wszędzie się spieszy, ciągle jest w gorącej wodzie kąpany i nawet piwa nie potrafi się spokojnie napić.

Samochód Jamesa Bonda

Z zewnątrz „zwykły” samochód, ale po cienką warstwą lakieru i nieco grubszą warstwą blachy kryją się prawdziwe cuda. Co prawda nie mogę zdradzić wszystkich szczegółów technicznych, bo są objęte najwyższą klauzulą tajności, ale myślę, że jak uchylę rąbek tajemnicy, to nic złego się nie stanie.
Kilka dni temu mój Aston „Chrumpek” wrócił z wizyty w warsztacie Q. Oto, co Q dla mnie przygotował:
Z przodu, tuż obok tablicy rejestracyjnej Q ukrył osłonę a pod nią TA-LE-R-Z (TAktyczne LEkkie Rakiety Zygkakowe) wyrzutnię rakiet z dwoma rodzajami głowic. Jedne pozwalają na unieruchomienie ściganego pojazdu impulsem elektromagnetycznym a drugie na… no cóż unieruchomienie pojazdu, jego pasażerów, oraz ich wszystkich kawałków odpowiednią porcją ładunku wybuchowego.
Progi Chrumpka skrywają teraz wysuwany Z-A-P-I-E-PRZ czyli Zespół Alternatywnych Powierzchni i Elementów PRZenoszących. A po polsku… płozo-gąsienice, dzięki którym można śmigać w dół ośnieżonym stokiem, lub – jak czołg – przedzierać się przez błotniste bagna.

Absolwenci

Dziesięć lat temu temat był chyba zbyt świeży, żeby się nim ekscytować, ale teraz, czyli ponad piętnaście lat po maturze, sprawa już chyba wystarczająco dojrzała.
Wybrałem się na zjazd absolwentów mojego liceum. Sześćdziesiąta rocznica pierwszej matury. Piętnasta mojej. W sam raz. Wszyscy wiedzą, jak takie spotkania wyglądają. Kumple to już „panowie”, którzy podjeżdżają fajnymi furami. Dojrzali, ale energiczni. Wciąż pełni tej młodzieńczej werwy, której tyle mieli w czasach liceum, ale też z bagażem doświadczeń i zebranej życiowej mądrości. Wiadomo. Kombinacja Marlboro Man, Blake’a Carringtona i Bruce’a Lee. Dziewczyny to teraz kobiety na stanowiskach. Urzekające, ale i wzbudzające szacunek dla ich pozycji społecznej. Takie połączenie urody Charlize Theron i intelektu i pozycji Christine Lagarde.
No i prawie tak było. W każdym razie porównań do gwiazd nie brakowało. Sebastian, w którym kochały się niemal wszystkie dziewczyny (niemal, bo mam nadzieję, że moja ówczesna niekoniecznie), nie przypomina już co prawda Janson’a Donovan’a, bo blond czupryna przywodzi raczej na myśl Wojciecha Cejrowskiego. Drugi z naszych amantów na „S” (Sławek), który ćwiczył judo i był naszym klasowym Pawłem Nastulą, teraz spokojnie uszedłby za Wojciecha Gąsowskiego… no przynajmniej, gdyby porównać ich sylwetki. Finansowo jakoś te porównania nie chciały nam się trzymać kupy. Mimo, iż plany mieliśmy ambitne, to jakoś żaden z nas nie okazał się być drugim Markiem Zukerbergiem, ani choćby Leszkiem Czarneckim.
A dziewczyny? Kiedy po maturach rozstawaliśmy się z naszymi klasowymi dziewczynami, każda jedna miała świat u swoich stóp, ambicję wielkości Kasprowego i plany, którymi można by zapisać sporych rozmiarów notatnik. Każda miała zostać Martyną Wojciechowską, albo przynajmniej – jak Kate Middleton – żoną księcia. Okazało się, że część z nich zajęła się planowaniem i powiększaniem swojej rodziny, co skutecznie pogrzebało plany podróżowania po świecie i zdobywania ośmiotysięczników. Inne z kolei o małżeństwie z księciem i rodzinie nie myślą, przynajmniej na razie. No przynajmniej do zakończenia rozwodu, bo ten, który założył jej obrączkę bynajmniej księciem się nie okazał. A potem się zobaczy. Książe to już być nie musi. Żeby nie pił za dużo, nie palił przy dzieciach i nie przeklinał przy znajomych. Naszej klasowej przewodniczącej los wybrał trzecią drogę. Nie miała i nie ma męża, ani dzieci. Ze studiów prawnych zrezygnowała i prowadzi sobie teraz działalność pod tytułem doradca podatkowy łapiąc zlecenia tu i tam. Jak to możliwe? Przecież Marysię wszyscy tak lubili i tak dobrze się uczyła?
Liceum opuszczaliśmy jako przyszłe gwiazdy. Po piętnastu latach okazało się, że jesteśmy bardziej anonimowi niż kiedykolwiek.

Kloszard w znalezionych lakierkach

Hobby ubogaca. Teraz już wiem jak bardzo. W moim przypadku hobby jakim jest restauracja Chrumpka ubogaciła mnie już o szlifierkę kątową, zestaw kluczy nasadowych w rozmiarach 4 – 21, zestaw imbusów (w tym gwiazdkowych), zestaw do renowacji powłok lakierniczych składający się z polerki z płynną regulacją obrotów, dwóch dużych butelek past polerskich i sześciu padów gąbkowych do polerowania i całe mnóstwo znajomości głównie z różnej maści blacharzami, mechanikami i innymi wariatami, którzy podniecają się na widok wszystkiego co pordzewiałe, zmatowiałe, blaszane i starsze niż dwadzieścia lat :) Taki ubogacony to nie wiem czy czułem się kiedykolwiek wcześniej.
W piwnicy powoli kończy się miejsce na skrzynki, w których trzymam części rozbieranego na czynniki pierwsze Chrumpka a mi się kończy pasta do odświeżania elementów chromowanych… już druga puszka mi się kończy. No i z takich rzeczy, które się kończą, to chyba trzeba byłoby jeszcze wymienić cierpliwość Kasi do tego wszystkiego, bo jak tak dalej pójdzie, to jak otworzy lodówkę, to też natknie się na jakiś zderzak, lusterko, czy inny pasek klinowy do Chrumpka.
No ale nie o tym chciałem.
Po pierwsze wnętrze. Wiadomo – wnętrze jest najważniejsze i dlatego wnętrzem zająłem się w pierwszej kolejności i teraz nie ma go wcale ;)
Druga ważna sprawa to buty, bo przecież – jak mówi powiedzenie – jesteśmy albo w butach, albo w łóżku. Ponieważ łóżka Chrumpkowi fundować nie zamierzam, zająłem się butami. Wcześniej chrumpkowe buty wyglądały tak:
…ale to już historia, bo buty poszły do chrumpkowego szewca, który stary lakier wypiaskował, felgi wyprostował a potem nałożył nowy, identyczny z tym, jakim polakierowany jest cały samochód. Efekt? Hmmm…
Po nałożeniu kół z powrotem wygląda jak kloszard w znalezionych lakierkach. Ale już niedługo. Jeszcze kilka tygodni i do butów dopasuję cała resztę.